W sieci Biedronka wrze — nie chodzi o incydentalne napięcia, lecz o stale pogłębiające się rozgoryczenie, które przeradza się w zorganizowany spór zbiorowy. Związkowcy z „Solidarności” nie tylko formułują postulaty, lecz również — co istotniejsze — siadają do stołu z przekonaniem, że rozmowy mogą zakończyć się, zanim zdążą się na dobre rozpocząć.
Negocjacje na czas czy na odczepne?
O 15:00 rozpoczęły się rozmowy pomiędzy przedstawicielami pracowników a władzami sieci Biedronka. Sala — jak relacjonuje Gabriela Kaim, przewodnicząca „Solidarności” — została wynajęta jedynie na godzinę, co samo w sobie zdaje się mówić więcej niż niejeden komunikat prasowy. Związkowcy obawiają się, że spotkanie będzie formalnością — pozbawioną realnej woli dialogu.
Gabriela Kaim nie ukrywa, że pracownicy czują się przeciążeni, niedoszacowani i pomijani — a stawki w Biedronce nie dorównują tym, które oferują inne sieci. Atmosfera jest napięta, a poczucie niesprawiedliwości — głęboko zakorzenione. Tym bardziej że — jak wskazuje — wiele problemów to nie kwestia incydentu, lecz chronicznego niedoboru kadry, złej organizacji i braku jasności w systemie wynagrodzeń.
Lista postulatów mówi sama za siebie
Związkowcy żądają m.in. podwyżki płac o 1000 zł brutto miesięcznie od 1 lutego 2026 r. oraz nagrody za obecność w wysokości 500 zł dla kierowników i ich zastępców. Domagają się także premii dla pracowników lad mięsnych, wprowadzenia miesięcznych okresów rozliczeniowych oraz stałej obsady kas samoobsługowych, które — mimo swojej nazwy — wymagają ciągłej uwagi.
Wśród postulatów pojawiają się też kwestie organizacyjne: zwiększenie zatrudnienia w sklepach, zakaz otwierania placówek po godzinie 22, czy dofinansowanie posiłków dla pracowników zmianowych. Wreszcie — związkowcy chcą również jasności w paskach wynagrodzeń i prawa do swobodnej komunikacji na tablicach informacyjnych.
Konflikt o strukturę, nie tylko o pieniądze
Choć postulat o podwyżce może brzmieć jak klasyczne otwarcie negocjacji, to lista żądań pokazuje, że chodzi o głęboką rewizję całej struktury funkcjonowania sieci. Pracownicy nie chcą być już doraźnym „elementem rotacyjnym”, który skacze od kasy do kasy, od lady do lady — chcą jasnych reguł, przewidywalności i traktowania z należytą powagą.
Nie wiadomo, ilu pracowników byłoby gotowych do protestu, ale trudno nie odnieść wrażenia, że nastroje w sklepach — jak mówią związkowcy — już przekroczyły granicę frustracji. Jeśli zarząd nie podejmie rozmowy na serio, to eskalacja konfliktu może okazać się nie wyborem, lecz nieuniknionym następstwem.