Grudzień w dyskontach to dla wielu pracowników nie czas świątecznej atmosfery, lecz maraton stresu i nerwów. Zamiast kolęd słychać krzyki, a między półkami unosi się napięcie – jakby przedświąteczny pośpiech miał swoje prawa, a człowieczeństwo chwilowo poszło na urlop.
Między koszykiem a frustracją
Kamil, były kasjer z warszawskiej Biedronki, wspomina ten czas jak koszmar, który co roku powraca w reklamach i wspomnieniach klientów, ale nigdy w rozmowach o pracy za ladą. W przedświątecznym tłumie pracownicy stają się tarczą dla cudzych nerwów – słyszą wyzwiska, widzą złość, czasem czują uderzenie paczki orzechów. Zamiast atmosfery świąt mają presję grafiku, nadgodziny i roszczeniowość klientów, którzy w pośpiechu zapominają, że po drugiej stronie kasy stoi człowiek. Związkowcy przyznają, że te sytuacje nie są regułą, ale właśnie w grudniu zdarzają się najczęściej.
Góra lodowa z zakupowych resztek
Pośpiech ma też swoje materialne skutki – klienci zostawiają produkty, gdzie popadnie. Jogurty w alejce z kawą, mrożonki na półkach z pieczywem, rozpakowane kosmetyki i pootwierane słodycze tworzą codzienny pejzaż pracy w handlu. Kamil wspomina, że każdego dnia zbierał setki porzuconych rzeczy, z których część nadawała się już tylko do wyrzucenia. To straty finansowe dla sklepu, ale też symbol niechlujstwa, które w czasie świątecznej gorączki przybiera na sile.
Bonusy i magia świąt według korporacji
Mimo chaosu, pracownicy Biedronki mogą liczyć na pewne wsparcie – bony, paczki świąteczne, dodatki finansowe i vouchery na badania. Związkowcy podkreślają, że fundusz socjalny sieci jest jednym z najbogatszych w kraju. A jednak nawet najlepszy bonus nie zrekompensuje atmosfery, w której empatia znika między regałami z cukierkami. Oficjalny komunikat marki przypomina o „magii świąt w prostych gestach”, lecz w sklepowej codzienności trudno o tę magię, gdy kolejka się dłuży, kasa się blokuje, a ludzie przestają się do siebie uśmiechać.